Wsiadłem o ósmej w pociąg z Krakowa do Werbkowic. Niedawno dojechałem do babci i naszło mnie na podzielenie się tym co spisałem w wagonie do mojego memuaru. Zapewne będę robił jakieś poprawki, ale na ten moment ta wersja wygląda tak (pominąłem kilka niedługich fragmentów).
Półtora tygodnia później, w piątek, na dwa dni przed końcem października, pojechałem z samego rana pociągiem do babci. Zdążyłem kilka dni wcześniej skończyć „Świata jest za dużo” i zabrać się za kolejną lekturę. Była to ta książka, która przegrała z „Odrzanią” - „Granice Świata” Jonna Eledge’a. Kupiłem ją na długo zanim skończyłem poprzedniczkę, bo chciałem mieć coś na zapas. W chwili wolnej od przeglądania wypełniałem myśli wyobrażeniami o tym co nastąpi w nadchodzącym tygodniu oraz tym co się wydarzyło w mijającym. Wtorek był zdecydowanie najlepszy. (…) Wieczorem, tego samego dnia, wyszedłem na spacer. Zdecydowałem się, pod wpływem impulsu, na ruch wariacki i w sklepie, do którego wszedłem, żeby tylko pooglądać asortyment, zdecydowałem się na zakup konsoli PlayStation 5. Pisałem do wszystkich, że mnie porąbało, ale nie mogłem się powstrzymać. Naszło mnie i już. Konwersowałem wesolutki, jak typowy mężczyzna przy tego typu transakcjach, ze sprzedawcą, nie mogąc się doczekać aż stanę się nabywcą nowego przedmiotu, takiego z wyższej półki, nowoczesnego znaku czasów - globalistycznego artefaktu lat dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku. Kosztował mnie ponad trzy tysiące, ale mnie to nie zabolało. Dlaczego to w ogóle zrobiłem? Z potrzeby bycia chaotycznie spontaniczną jednostką. W ten sposób daję sobie i otoczeniu do zrozumienia, że żyję najciekawiej jak się tylko da i tak było od zawsze. To moja interpretacja znaczenia carpe diem. Wróciłem do domu po emocjonującej przejażdżce tramwajem spod dworca, z ogromną papierową torbą, którą cały czas trzymałem od spodu z obawy, że uchwyty nie wytrzymają jej ciężaru. Zabrałem się po chwili odpoczynku za konfigurowanie zdobyczy na telewizorze, z pomocą współlokatora, który nie mógł wyjść z podziwu. Komentował, że nigdy by nie pomyślał iż w jego domu kiedykolwiek pojawi się takie urządzenie jak to. Zrobił mi zdjęcie przy drzwiach wejściowych, jak uradowany trzymam pudełko, żeby tylko uwiecznić ten moment. Rozpływał się chyba bardziej niż ja nad jego funkcjami i jednocześnie biadolił na dźwięki i sterowanie kontrolerem, które nazywał antyludzkim i ciężkim do wyuczenia. Delikatnie darłem z niego łacha. Próbowałem mu tłumaczyć jak co działa, a on klął pod nosem, sfrustrowany. Ledwie trzy dni minęły, a ja dalej przeżywałem mój spersonalizowany interfejs wraz z zainstalowanymi aplikacjami streamingowymi oraz UX. Zacząłem snuć zaktualizowaną wizję mojej wymarzonej pracowni. Obok półki z książkami miałbym też taką z grami, podobną do tej co miałem za dzieciaka, kiedy to śmigałem na PlayStation 2, tylko zrobiłbym ją lepszą i ładniejszą. Gry wideo to istne dzieła sztuki. Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że są ostatecznym Gesamtkunstwerkiem.
Śledziłem trasę i czerpałem najczystszą satysfakcję z jej przebiegu, ponieważ jechaliśmy przez Mielec i Tarnobrzeg zamiast przez Sędziszów Małopolski, Rzeszów i Łańcut. Tym samym ominęliśmy przeworski gwałtowny skręt na Stalową Wolę, przez który całość drogi na mapie wyglądała jak lustrzane odbicie litery „Z”. Tak bardzo nie lubię tego skrętu, że do Lublina jeżdżę tylko przez Kielce, bo jadąc przez Podkarpacie nie sposób go uniknąć. Złapało mnie ożywienie gdy wjechałem do Biłgoraja. Nie tylko dlatego, że pojawiłem się w granicach administracyjnych mojego rodzinnego województwa. To był znak zbliżającego się końca podróży, mimo że przede mną było jeszcze półtorej godziny jazdy. Szybko to jednak mijało. Tereszpol Biłgorajski, Zwierzyniec, Szczebrzeszyn, Zawada i w końcu trzy Zamoście. Prawie cały pociąg zdążył wysiąść, a ja jeden z nielicznych zostałem jeszcze na następny przystanek. Zawsze mnie ciekawiło ilu ludzi przejeżdża całą trasę i czy ktokolwiek z garstki pasażerów wysiadających na mojej stacji również tę podróż rozpoczynał w Krakowie. Miałem też nową zagwozdkę - dlaczego pociąg z Krakowa do Hrubieszowa nie nosi nazwy Wiktor Zin, tylko Hetman lub Kasztelan, w zależności o której godzinie się wyjeżdża? Przecież nie istnieje lepszy patron dla tej relacji.
Wysiadłem przed czternastą. Szedłem do wyjścia z peronu, z wielgachnym, ale prawie pustym turystycznym plecakiem, przewieszonym przez jedno ramię. Przygotowałem się na babciną wyprawkę spożywczo-tekstylną, którą otrzymam jak tylko będę wracał. Podwózka już na mnie czekała. Musiałem jeszcze wybrać się do sklepu, żeby kupić znicze, które miałem zapalić w Zaduszki. Tabliczki z miejscowościami i znajome krajobrazy praktycznie takie same od dwudziestu kilku lat, w pewien niewytłumaczalny, swojski sposób obdarowywały moje zmysły odprężeniem. Nie znam w Krakowie nikogo, oprócz mojej kuzynki, kto kojarzyłby ich nazwy, a tym bardziej kto kręciłby się w ich pobliżu, co jest na swój sposób fascynujące. To są te wioski, które mój chłopak mógłby mijać z obojętnością, nie znając ani jednej historii z nimi związanej. Gdyby było nam dane kiedykolwiek przez nie przejeżdżać razem, to na moich barkach spoczęłoby opowiedzenie mu o tym co się w tych stronach działo. To co znam pośrednio i bezpośrednio. Tak jak on opowiadał mi o lokalnych perypetiach w bliskich jego sercu podkrakowskich osadach podczas naszych wycieczek.
Starówka w Zamościu i San na moście w Nisku, widoczne z okna dzisiejszej trasy.
I moja uśmiechnięta, podróżnicza mordka.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz