wtorek, 11 sierpnia 2026

Pożegnanie z Estonią

Jestem już w autobusie powrotnym do Polski. Za mniej więcej 12 godzin będę w Warszawie. 

Wczoraj przed obiadem, na pożegnanie z Estonią posadziliśmy symbolicznie sadzonki drzew dla naszych państw. My, Polacy otrzymaliśmy brzozę, którą nazwaliśmy „Lechem”. Podpisaliśmy plastikową etykietkę, z datą, nazwą kraju i imieniem dla rośliny, po czym zawiązaliśmy ją wokół jednej z gałązek. Może będziemy mieć motywację, żeby jeszcze tu wrócić i „doglądać” naszego drzewka. 

Mój wyjazd do Estonii był decyzją niesamowitą i nie mam zamiaru jej żałować. Nie psuły mi tego wszędobylskie, gryzące mnie po całym ciele owady. Codziennie coś nowego odkrywałem i miałem o czym pisać na blogu. Bawiłem się z dzieciakami jakbym był o połowę młodszy. Zbieraliśmy liście wierzbówki kiprzycy na napary oraz leśne jagody na przetwory dla starszych ludzi przebywających w niedalekim domu opieki. Posprzątaliśmy wybrzeże w Nõvej, Peraküli, Elbiku, Keibu i na Osmussaarze z kilkudziesięciu kilogramów śmieci. Czasami udało mi się pogadać z mieszkańcami, którzy dziękowali za nasze zaangażowanie. Każdego dnia robiłem średnio ponad trzydzieści tysięcy kroków. Przejechałem rowerem ponad sto kilometrów leśnymi szosami, poznając kraj z nietypowej strony. Przywożę, tak jak zamierzałem, kilka magnesów, ale też lokalny trunek, opakowania słodyczy, bibelociki i pandę z biura turystycznego, do której się przytulałem każdej nocy. Zachowałem też jeden bilet autobusowy oraz paragon z lokalnego sklepiku. Lubię pamiątki w wielu formach - fizycznych przedmiotów i papierków, które zmieszczą się w małej szkatułce na skarby oraz tych w postaci informacyjno-abstrakcyjnych statystyk jak przedstawienie mojego wyjazdu jako jedną z pozycji w historii podróży na koncie bankowym. Zostaje przy tym jeszcze jedna rzecz, z tych nienamacalnych - sposób, w jaki obserwowałem obcy świat. Do mojej fotogalerii w telefonie oprócz pięknych zabytków i natury trafiły znaki drogowe, ogłoszenia, witryny tudzież półki sklepowe i tym podobne elementy zwyczajnego krajobrazu. Wszystko po estońsku, którego nie rozumiałem, ale wzbudzał moje zainteresowanie. Czasami chciałbym zapomnieć polszczyzny na jeden dzień, żeby zobaczyć własny język z tej samej perspektywy, którą patrzę na przykład na węgierski. Tak już mam na obczyźnie. Ciekawi mnie jaka jest w niej codzienność. Ciekawi mnie jak to by było być Estończykiem. Dlaczego akurat Estonia jest jednym z najbardziej zinformatyzowanych państw świata i to ona jako pierwsza wprowadziła wybory przez internet? Jest mnóstwo rzeczy, które mnie w niej ciekawią. Dostęp do sieci jest tu traktowany jako prawo człowieka, a przytłaczająca większość obywateli nie wyznaje żadnej religii. We wczesnej podstawówce, nie wiedzieć czemu, miałem hopla na punkcie tego kraju. Mogę stwierdzić, że do dzisiaj ma specjalne miejsce w moim serduchu i to dość dziwne, że dopiero po kilkunastu latach udało mi się tam znaleźć po raz pierwszy. Gdy wróciłem do Polski, jeszcze bardziej doceniłem to, że moje życie wygląda tak jak wygląda, a moim domem jest kraj, na który może i psioczę, ale to już leży w mojej naturze. Tak czy siak, z niektórych estońskich aspektów moglibyśmy brać przykład. 

No i jeszcze garstka zdjęć z ostatnich dwóch tygodni! 

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Noc bałtycka

Jest prawie wpół do drugiej w nocy (Estonia ma godzinę do przodu), a dopiero co wróciłem z nocnej eskapady rowerowej z obozowiska nad Bałtyk. Przed północą, przy ognisku, jedna z koleżanek wpadła na pomysł, żebyśmy wybrali się nad morze. Następnej nocy ma padać, a co za tym idzie, była to nasza ostatnia szansa, żeby zobaczyć na własne oczy naszą pobliską plażę w nocnym wydaniu. Okazji do robienia dobrych zdjęć, tak jak pacierza, nie odmawiam, mimo że bałem się z początku krótkiego fragmentu drogi prowadzącej przez las. Tylko troje z nas miało odwagę lub siłę (niepotrzebne skreślić) na to przedsięwzięcie. Niemniej jednak jestem dumny ze zdjęć nieba, jak i z tych przedstawiających wodę, horyzont i spienione fale.
Niektóre zdjęcia, przy odpowiednim timingu i ujęciu, wychodziły mi jak flaga Estonii. 

sobota, 8 sierpnia 2026

Tartu

Wczoraj znów miałem dzień wolny, dlatego wybrałem się ponownie do Tallinna, a stamtąd spontanicznie przejechałem się pociągiem do Tartu - dawnego Dorpatu. Podróż trwała dwie godziny w jedną stronę, ale uważam, że było warto, nawet pomimo ekscesów z noclegiem, który udało mi się ostatecznie kupić w pociągu powrotnym. Nocowałem w estońskiej wersji hostelu kapsułowego. Jest dużo bardziej wypasiony i futurystyczny niż ten w Warszawie, gdzie parokrotnie nocowałem, ale też za to cztery razy droższy.
Zapomniałem, że Tartu dwa lata temu było Europejską Stolicą Kultury. W mig przypomniało mi się, że za trzy lata ten zaszczyt przypadnie Lublinowi i aż mi się łezka zakręciła z dumy.
Rynek i ratusz. Po prostu rewelacja. 
Największe wrażenie jednak wywarła na mnie powyższa katedra. Matko i córko, jaka ona była kolosalna! Pobudzała z pewnością wyobraźnię, jak mogła wyglądać w czasach swej świetności. Budynek przestał pełnić funkcję katedry w XVI wieku, po tym jak został dotkliwie zniszczony w wyniku rewolty ikonoklastów oraz po wieloletnich zaniedbaniach i ostatecznym jego porzuceniu przez biskupów. 

czwartek, 6 sierpnia 2026

Konno

Jechaliśmy dziś ponad dwadzieścia kilometrów w jedną stronę, do miejscowości Elbiku, gdzie sprzątaliśmy kolejną z plaż. W międzyczasie zrobiliśmy sobie postój i półgodzinną przerwę na jazdę konną. Robiłem to zaledwie drugi raz w życiu. A gdy już skończyliśmy zbierać śmieci, udaliśmy się do plażowego baru, żeby zebrać siły na drugą część jazdy. 

środa, 5 sierpnia 2026

Pół tygodnia

Dzisiaj po śniadaniu znowu sprzątaliśmy kawałek jednej z plaż. No i co tu dużo mówić, było co zbierać. Jestem z siebie dumny, bo na zdjęciu wyżej widać większość moich dzisiejszych łupów. 
Wczoraj po raz pierwszy bawiłem się w tradycyjnej, estońskiej saunie. Smagaliśmy się wzajemnie witkami brzozowymi. Od groma zabawy. Między sesjami polewałem się zimnym szlauchem i czułem się jak nowo ochrzczony wiking. 
Natomiast jeszcze w poniedziałek, po powrocie z Haapsalu, poszedłem nad wodę, pooglądać zachód słońca. Prawda, że magiczny? 

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Haapsalu

Pobudka równo o siódmej, szybkie śniadanko pół godziny później i nieco ponad dziesięć minut spacerkiem na przystanek, żeby zdążyć na autobus o 8:13 do Haapsalu - uzdrowiska nad Bałtykiem oraz stolicy prowincji Laanemä. Miasteczko liczy sobie około dziesięć tysięcy mieszkańców i jest mocno oblegane przez turystów. Spędziliśmy tam łącznie sześć godzin i kilka minut temu wróciliśmy do Nõvej. 

Główna ulica i zamek biskupi w Haapsalu z XIII wieku.
Szczęśliwy turysta. 
Promenada nadmorska. 
A tu jeszcze z rana. Drezyna rowerowa w budynku dawnego dworca kolejowego.  

niedziela, 2 sierpnia 2026

Kościółek

Po Grobie Odyna wciąż było mi mało wrażeń, dlatego o dwudziestej drugiej wybrałem się do pobliskiego kościółka w Nõvej. Jest on jednym z najstarszych kościołów w Estonii. Na dodatek, niebo było tak wspaniale zaróżowione i dzięki temu powstało takie cudowne zdjęcie, z którego jestem bardzo dumny.

Do wtorku mamy wolne. Być może wybiorę się jutro do Haapsalu.

sobota, 1 sierpnia 2026

Na grób Odyna

Dziś po obiedzie wypłynęliśmy po przygodę, na wyspę Osmussaar, która według legendy jest miejscem spoczynku Odyna (stąd między innymi szwedzka nazwa Odensholm). Inna ciekawostka jest to, że w pobliżu tejże wyspy zatonął Schleswig-Holstein. 
W wolnym tłumaczeniu: „Republika estońska - chroniony punkt geodezyjny”.
Roślinność tej wyspy jest intrygująca.
Kaplica i owieczki. Na wyspie jest ich pełno. Owieczek, nie kapliczek.

piątek, 31 lipca 2026

Skansen

Odwiedziliśmy ponownie centrum turystyczne, w którym byliśmy wczoraj, żeby obejrzeć film o walorach przyrodniczych pobliskich rezerwatów i przy tej okazji zahaczyliśmy o skansen po drugiej stronie ulicy. Oprowadzała nas po nim dziewięćdziesięcioletnia starowinka, która pełna werwy pokazywała nam jak dawniej wyglądało życie w estońskiej wiosce. W przedsionku jednej z izb stały drewniane narty, które zimą umożliwiały pracę w lesie bez marnowania energii na wygrzebywanie się z ogromnych zasp śniegu. W środku natomiast mogliśmy przyjrzeć się krosnu, żelazku na rozżarzone węgle, kołowrotkowi i młynkowi do czyszczenia ziarna. Najbardziej zachwyciła mnie jednak oryginalna, tradycyjna sauna z lat osiemdziesiątych XIX wieku (na zdjęciu po prawej). Całe gospodarstwo przez półtora stulecia zachowało swój pierwotny charakter i przeżywało kosmetyczne zmiany, związane jedynie z zadaszeniem i oknami.

czwartek, 30 lipca 2026

Panda z północy

Dzień drugi sprzątania bałtyckich plaż. Słońce dość mocno przygrzało. Dzisiaj uzbieraliśmy dużo więcej śmieci niż wczoraj, głównie takich drobnych, ledwo widocznych, lekko przykrytych piaskiem. Najliczniejsze były niedopałki papierosów i papierki po cukierkach. Największy znaleziony śmieć należał jednak do mnie (fragment jakiejś sklejki). 

Po sprzątaniu zajechaliśmy na moment do centrum informacji turystycznej, gdzie można było kupić kawę, lody i pamiątki. Moje oko ujrzało stoisko z rękodziełem, a na nim pandę z czerwonymi ogrodniczkami, żółtą muszką i brązowym melonikiem z doczepionym kwiatuszkiem. Jej cena 30 euro mnie zniechęcała, ale ostatecznie ją kupiłem, bo myślę, że lepszej pamiątki z Estonii chyba mieć już nie będę. 

środa, 29 lipca 2026

Pierwszy dzień sprzątania Bałtyku

Przed obiadem pojechaliśmy rowerami z Nõvej do oddalonej o kilka kilometrów na zachód miejscowości Peraküla. Droga nie należała do łatwych, zwłaszcza gdy przyjemny asfalt zamienił się w wyboistą, brukowaną ścieżkę. 

Uzbieraliśmy trochę śmieci. Głównie butelki i plastikowe popierdółki, ale znalazł się też ciekawy artefakt w postaci zepsutej wędki. 

Teraz siedzę sobie w kawiarni obok obozowiska i sklepu. Za nieco ponad dwadzieścia minut będzie kolacja. Sączę dziś już drugą (pierwszą piłem przed wyjazdem) kawę. Chciałbym, żeby w Polsce kosztowała tyle samo. 2,50 € za taką przyjemność to jak za darmo. 

wtorek, 28 lipca 2026

Estonia od strony wiejskiej

Wczorajszego popołudnia nocowaliśmy na wielgachnej sali gimnastycznej z trybunami. Warunki deczko polowe, ale za to kozackie i niezapomniane. Podjarałem się jak dziecko kiedy wyszedłem na dwór i po dwudziestej drugiej jeszcze było jasno. Dalej na północ niż Tallin jeszcze nie byłem. Dzisiaj o ósmej wyjechaliśmy z Tallinna do urokliwej wsi Nõva, położonej dziewięćdziesiąt kilometrów na zachód. Tutaj spędzimy najbliższe czternaście dni, również nad Bałtykiem. W kabinach, na takim jakbym obozowisku. Mamy obok sklep i kawiarnię, a na plażę idzie się kilkanaście minut. 
Urocze te przystanki autobusowe. Publiczne toalety przy plaży też są podobnie zbudowane. Do tego czyste i estetyczne. Drewno tu króluje. 
Bałtyk. 
A na sam koniec plażowy Hubert i kolaż dodatkowych zdjęć z Tallinna zrobionych wczoraj.