![]() |
| Dzisiejszy spacer obok Dworku Białoprądnickiego |
Zapomniałem się pochwalić jaką pandzioszkę zrobioną własnoręcznie z modeliny dostałem w sobotę w prezencie. Odpadło jej uszko, ale według mnie dodaje jej to uroku.
Blog osobisty
![]() |
| Dzisiejszy spacer obok Dworku Białoprądnickiego |
Tyle miałem myśli przed snem. O tym co się niewiele wcześniej wydarzyło. Flashbacki sprzed dwóch godzin. Nowe informacje do przetrawienia, wiele z nich kompletnie niespodziewanych i chaotycznych. Pierwszy raz odkąd oglądałem konkurs usłyszałem „12 points go to Poland” po czym padło to jeszcze trzy razy. Czekaliśmy na to dwadzieścia trzy lata. Jednocześnie my daliśmy jako jedyni dwunastkę Izraelowi i polski Internet wybuchł i odczuwał narodowy wstyd za naszych jurorów. Polubiłem bardziej Rumunię i Bułgarię, a na pierwszą z nich oddałem jedyny mój glos. Niesamowite, że televoting umieścił obie z nich w pierwszej dwójce. Emocje przezywaliśmy do samego końca i zwycięstwo Bułgarii mnie uszczęśliwiało ponieważ po raz pierwszy od prawie dekady wygrało państwo, które nigdy wcześniej tego nie dokonało, a gdy to się dzieje, zawsze jestem z tego powodu przeszczęśliwy. Co chwilę ktoś w trakcie do mnie pisał z pytaniami, brat, młodsza kuzynka, czy przyjaciele. Chłopakowi i współlokatorowi też sypałem informacjami, których niekoniecznie chcieli. Czacha wręcz dymiła.
Ja jako koneser i znawca nie rozumiałem też do końca co się dzieje, bo działy się rzeczy tak szokujące, niespodziewane i wychodzące poza schematy i oczekiwania. Jak to Polska w czołówce jurorów, a w televotingu ledwo dostała jakiekolwiek punkty. Zawsze było dokładnie na odwrót. A co dopiero mieli pomyśleć moi towarzysze i rozmówcy z komunikatorów? Jakim cudem zarówno jurorzy, jak i widzowie chcieli Szwajcarię w finale, ale ostatecznie skończyła na jedenastym miejscu i nie przeszła dalej?
Gratulacje dla Bułgarii i wstyd dla jurorów (nie tylko dla Polskich, ale dla ogółu), którzy prawie doprowadzili nas do ataku. Dalej to wszystko przeżywam. Dokonuję ekspertyzy wyników i nie dowierzam temu wszystkiemu.Już po zajęciach, chałupa wysprzątana na tyle ile się da, nowa kanapa i stolik zagościły przed telewizorem, zaraz rozpocznie się gotowanie na wieczór, a za niecałe dwie godziny przybędzie mój chłopak. O 21:00 wielki finał Eurowizji!
Tydzień, w którym odbywa się ten konkurs jest dla mnie zawsze ważny, a czas wtedy ekstremalnie zwalnia. Kiedy miałem piętnaście lat, przed finałem dwukrotnie okrążyłem całą Łęczną, czekając na dwudziestą pierwszą. Jestem praktycznie chodzącą encyklopedią na jej temat. Męczyłem nieraz moich przyjaciół i rodzinę nowymi informacjami. Oglądam ją na żywo przez ponad połowę mojego życia, zazwyczaj z ludźmi, którzy średnio się nią interesują i często muszę tłumaczyć im pewne zawirowania i specyfikę, co jest dla nich trudne i zarazem za mało istotne do ogarnięcia. W domu wszyscy wiedzieli, że jest to świętość i niczego innego w międzyczasie nie pozwalałem oglądać. Godzono się z tym, bo i tak rzadko oglądałem telewizję. Eurowizja była również moim oknem na świat oraz lekarstwem na moją zinternalizowaną homofobię z czasów nastoletnich. Zmotywowała mnie do nauki angielskiego, ponieważ chciałem śledzić wiadomości z nią związane na bieżąco, w social mediach i na forach tematycznych, które są aktywne przez cały rok. Jest w tym coś niezwykle magicznego, oglądać reprezentantów różnych państw nawiązujących międzynarodowe przyjaźnie, trzymających wzajemnie za siebie kciuki i pokazujących krztę dobra w tym przepełnionym nienawiścią świecie. Zdarzało mi się do niektórych z nich pisać wiadomości z komplementami i życzeniami, na które przeważnie odpowiadali. A jeszcze bardziej rajcują mnie emocje związane z ogłaszaniem wyników. Wtedy wszyscy widzą jak wariuję i kiwam się klęcząc na podłodze, przejęty tym co widzę. Jestem świadom bojkotu i szanuję decyzję ludzi, którzy się go podjęli. Sam chciałbym, żeby było inaczej i żeby podjęto rozważniejsze decyzje. Być może za rok będzie lepiej?
Moje przewidywania na dzisiaj:
![]() |
| Trening popołudniowy |
Udało się jeszcze wczoraj wieczorem obejrzeć pierwszy półfinał Eurowizji, wspólnie z rodziną. Ogólnie Polska nas pozytywnie zaskoczyła. Pray jako piosenka dalej mi się tak nie do końca podoba, ale wczorajszy występ, choreografie i jej wokal… no była to po prostu perełka i finał był dla nas zasłużony. A to że wyczytali nas jako ostatnich było naprawdę super, bo mieliśmy dużo emocji. Nigdy jeszcze nam tak nie zrobili. Mama już myślała, że znowu nas nie docenili i do samego końca myślała, że zamiast Polski wejdzie San Marino. Oglądanie Eurowizji z casualowymi widzami jest ciekawe. Najbardziej ucieszyłem się jednak z Belgii, bo nikt nie dawał jej szans, a ja w nią wierzyłem od początku.
![]() |
| Mój wczorajszy wpis wywołał niemałe poruszenie |
Te słowa o „stosunkowo niewielkiej grupie wyborców” jeszcze im się odbiją czkawką. Czy ktokolwiek w tej partii wie o tym, że oni i tak mają wśród przeciwników przypiętą ławkę „tęczowych”? Myślą, że to zmienią? Dobre sobie. Przypomnę, że Węgry od 17 lat mają związki partnerskie, których nawet niedawno obalony po 16 latach rządów autorytarny Orban nie mógł usunąć. Polska tego nawet nie potrafi. Nie wspomnę o państwach takich jak Nepal czy bardziej katolicka niż my Malta… tam normalnie facet z facetem i babka z babką mogą brać śluby. W Polsce pozostaje wyjechać w tym celu do Berlina, przemeldować się do Świdnicy albo Włocławka (bo tam są prezydenci z Lewicy) i liczyć, że ichniejsze urzędy dostosują się do wyroku. Cyrk na kółkach. Bareja miałby z czego wybierać do nowych filmów gdyby jeszcze żył.
Gdy byłem na Wielkanoc w Łęcznej to coś mnie tchnęło i zacząłem przyglądać się kolażom zdjęć nad moim łóżkiem. Przed sylwestrem doczepiałem kolejny, za 2025 rok. Sto osiemdziesiąt tycich kwadracików z ostatnich pięciu lat, które w telegraficznym skrócie pokazywały jak przez ten czas mi się wiodło i jak się zmieniałem. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego czułem potrzebę ich druku i wywieszenia oraz dlaczego robi mi się przyjemnie kiedy na nie patrzę. Poniekąd mówię przez to sam do siebie, że może i nie jestem kimś znaczącym w rzeczywistym świecie, ale w moim własnym jestem najważniejszy. Być może kiedyś je zdejmę i włożę do jakiegoś specjalnego albumu, przeznaczonego tylko na powiększające się co roku zbiory i będę trzymał go na jakiejś półce, którą bym sobie samodzielnie zamontował.
Od kilku dni moja głowa znowu zaczyna nadmiernie przetwarzać swoją zawartość i ma ochotę eksplodować. Dziś w nocy machałem nogami z jakiejś ekscytacji spowodowanej nagromadzającymi się myślami. Informacje, które do mnie danego dnia dotarły się kumulowały i dawały o sobie znać. Zastanawiałem się nad czym warto było się skupić. Dlaczego nie mam wbudowanego jakiegoś włącznika, za którego pomocą mógłbym wybierać w których momentach jestem omnibusem pożerającym treści jak cukierki, a kiedy popadam w stan relaksu i uspokojenia? Teoretycznie takim włącznikiem jest sen, wysiłek fizyczny lub inne, drobne przyjemności. Wtedy moje centrum sterowania odpoczywa, ale do tego potrzebny jest nastrój i siła. Zresztą, jestem tylko człowiekiem, stworzonym z flaków - biologicznego układu mechanicznego, a nie robotem jak Edward Warchocki - nowa internetowa gwiazda, która stała się sławna na świecie ganiając dziki po Warszawie. Integruje się z otoczeniem, zaczepia ludzi, a ci są jego obecnością strasznie podekscytowani. Nowatorskie podejście do oswajania mas z nowoczesną techniką poprzez rozrywkę. Nawet ja to w jakiś sposób kupiłem. Nie umiem znaleźć złotego środka. Obchodzi mnie albo wszystko albo nic. Chroniczna obecność w Internecie dokonała pewnych zmian w moim sposobie komunikowania się na tyle, że w prawdziwym życiu nierzadko moimi reakcjami na pewne zdarzenia są terminologie zaczerpnięte właśnie z tamtejszej subkultury, którą mimowolnie przyjmuję, a kiedy odbiorca z zewnętrznego świata rozumie aluzje do tego co zaanonsuję, mam przeświadczenie, że wywodzę się ze zdefiniowanej tylko w mojej wyobraźni frymuśnej pepiniery.
Ot, takie myśli mi towarzyszą. Jest mi dużo lepiej kiedy coś napiszę. Zwłaszcza w mojej książce, która liczy sobie już 365 stron i siedemnaście rozdziałów. Za jakieś dwie godzinki pójdę się zbyczyć na siłowni i zrobi mi się jeszcze lepiej, bo lubię się zmieniać w baobab.