Gdy byłem na Wielkanoc w Łęcznej to coś mnie tchnęło i zacząłem przyglądać się kolażom zdjęć nad moim łóżkiem. Przed sylwestrem doczepiałem kolejny, za 2025 rok. Sto osiemdziesiąt tycich kwadracików z ostatnich pięciu lat, które w telegraficznym skrócie pokazywały jak przez ten czas mi się wiodło i jak się zmieniałem. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego czułem potrzebę ich druku i wywieszenia oraz dlaczego robi mi się przyjemnie kiedy na nie patrzę. Poniekąd mówię przez to sam do siebie, że może i nie jestem kimś znaczącym w rzeczywistym świecie, ale w moim własnym jestem najważniejszy. Być może kiedyś je zdejmę i włożę do jakiegoś specjalnego albumu, przeznaczonego tylko na powiększające się co roku zbiory i będę trzymał go na jakiejś półce, którą bym sobie samodzielnie zamontował.
Od kilku dni moja głowa znowu zaczyna nadmiernie przetwarzać swoją zawartość i ma ochotę eksplodować. Dziś w nocy machałem nogami z jakiejś ekscytacji spowodowanej nagromadzającymi się myślami. Informacje, które do mnie danego dnia dotarły się kumulowały i dawały o sobie znać. Zastanawiałem się nad czym warto było się skupić. Dlaczego nie mam wbudowanego jakiegoś włącznika, za którego pomocą mógłbym wybierać w których momentach jestem omnibusem pożerającym treści jak cukierki, a kiedy popadam w stan relaksu i uspokojenia? Teoretycznie takim włącznikiem jest sen, wysiłek fizyczny lub inne, drobne przyjemności. Wtedy moje centrum sterowania odpoczywa, ale do tego potrzebny jest nastrój i siła. Zresztą, jestem tylko człowiekiem, stworzonym z flaków - biologicznego układu mechanicznego, a nie robotem jak Edward Warchocki - nowa internetowa gwiazda, która stała się sławna na świecie ganiając dziki po Warszawie. Integruje się z otoczeniem, zaczepia ludzi, a ci są jego obecnością strasznie podekscytowani. Nowatorskie podejście do oswajania mas z nowoczesną techniką poprzez rozrywkę. Nawet ja to w jakiś sposób kupiłem. Nie umiem znaleźć złotego środka. Obchodzi mnie albo wszystko albo nic. Chroniczna obecność w Internecie dokonała pewnych zmian w moim sposobie komunikowania się na tyle, że w prawdziwym życiu nierzadko moimi reakcjami na pewne zdarzenia są terminologie zaczerpnięte właśnie z tamtejszej subkultury, którą mimowolnie przyjmuję, a kiedy odbiorca z zewnętrznego świata rozumie aluzje do tego co zaanonsuję, mam przeświadczenie, że wywodzę się ze zdefiniowanej tylko w mojej wyobraźni frymuśnej pepiniery.
Ot, takie myśli mi towarzyszą. Jest mi dużo lepiej kiedy coś napiszę. Zwłaszcza w mojej książce, która liczy sobie już 365 stron i siedemnaście rozdziałów. Za jakieś dwie godzinki pójdę się zbyczyć na siłowni i zrobi mi się jeszcze lepiej, bo lubię się zmieniać w baobab.



















































